Dzień jak co dzień...

Środa, 5 maja. Obudziłem się jakoś tak około 7, alarm w telefonie przestawiałem tak, że zeszło gdzieś do 9. Wstałem, włączyłem komputer. Zwieńczeniem dzisiejszego (w miarę przyjemnego nawet) poranka miała być pyszna kawka w kubku na mleko. Włączyłem czajnik, woda zaczęła się gotować i nagle usłyszałem z drugiego końca pokoju jakieś zgrzyty. Pomyślałem sobie, "hmmm...", a po kilku sekundach monitor zgasł. Pomyślałem sobie, "k**a", zasilacz się spalił.
W spokoju skończyłem kawę i wyszedłem do miasta. Naturalnie, jak to bywa w "wielkich" miastach, w sklepach mieli 2 zasilacze na krzyż :/
Dzięki Bogu mam jeszcze iBook'a. Co prawda nie mam chwilowo internetu w domu, szukając przejściówki, aby podłączyć iBook'a do mojego monitora, przypomniał mi się moja ukochana siostrzyczka, która ostatnio zapomniała mi jej oddać :/.
Przynajmniej przez telefon mam dostęp do internetu.
Jedynym pocieszeniem jest to , ze szpinaczek się zaczął.